DO FERRUCCIO DE BORTOLI, REDAKTOR NACZELNY

Chcesz, zebym sie wreszcie odezwala. Prosisz, zebym tym razem przerwala milczenie, które wybralam, które od lat sobie narzucam, zeby nie wmieszac swojego glosu w orkiestre cykad. I zrobie to. Poniewaz dowiedzialam sie, ze równiez we Wloszech sa tacy, którzy sie ciesza - tak samo jak wczoraj wieczorem w Gazie przed kamerami cieszyli sie Palestynczycy. "Zwyciestwo! Zwyciestwo!". Mezczyzni, kobiety, dzieci. O ile kogos, kto zachowuje sie w taki sposób, w ogóle mozna nazwac mezczyzna, kobieta czy dzieckiem. Dowiedzialam sie, ze niektóre luksusowe cykady, politycy lub tak zwani politycy, intelektualisci lub tak zwani intelektualisci, a takze inne indywidua, które nie zasluguja na miano obywateli, zachowuja sie zasadniczo tak samo. Mówia: "Dobrze tak Amerykanom. Dobrze im tak". I jestem bardzo, bardzo, bardzo wsciekla. Wsciekla wsciekloscia zimna, przejrzysta, racjonalna. Wsciekloscia, która eliminuje wszelki dystans, wszelka wyrozumialosc, która mi kaze udzielic im odpowiedzi, a przede wszystkim ich opluc. Pluje na nich. Równie wsciekla co ja afroamerykanska poetka Maya Angelou wczoraj ryknela: "Be angry. Itís good to be angry, itís healthy" (Badzcie wsciekli. Wscieklosc dobrze robi. To zdrowe).
Czy mnie zrobi dobrze, tego nie wiem. Ale wiem, ze nie zrobi dobrze im, czyli tym, którzy podziwiaja Osame ben Ladena, tym, którzy wyrazaja mu zrozumienie, sympatie lub solidarnosc. Swoim zyczeniem odpaliles ladunek, który juz od dawna mial ochote wybuchnac. Zobaczysz. Chcesz równiez, zebym opowiedziala, jak przezylam te Apokalipse. Krótko mówiac, zebym dala swiadectwo.
Od niego wiec zaczne. Bylam w domu - mój dom miesci sie w centrum Manhattanu - i punktualnie o 9 odczulam grozace niebezpieczenstwo, które byc moze nie grozilo mi osobiscie, ale które na pewno mnie dotyczylo. Odczucie, którego doswiadcza sie na wojnie, a raczej w bitwie, kiedy wszystkimi porami skóry czujesz nadlatujaca kule lub pocisk i nastawiasz uszu, i krzyczysz do stojacego obok ciebie czlowieka: "Down! Get down!" (Na ziemie!). Otrzasnelam sie z niego. Nie mieszkam przeciez w Wietnamie, nie bylam przeciez w tej chwili na zadnej z tych pieprzonych wojen, które - poczawszy od II wojny swiatowej - posiekaly mi zycie!
Bylam w Nowym Jorku, do diabla, byl cudowny wrzesniowy poranek roku 2001. Lecz to wrazenie - niewytlumaczalnie - wciaz trzymalo mnie w swoich szponach. I wówczas zrobilam cos, czego rano nigdy nie robie. Wlaczylam telewizor. Fonia nie dzialala, ale wizja, owszem. I na kazdym kanale, a jest ich tu prawie sto, widac bylo jedna z wiez World Trade Center plonaca jak gigantyczna zapalka. Krótkie spiecie? Jakas zblakana awionetka? Czy moze przemyslany zamach terrorystyczny? Jak sparalizowana wpatrywalam sie w wieze bez przerwy, a kiedy sie tak wpatrywalam, kiedy powtarzalam sobie te trzy pytania, na monitorze pojawil sie samolot. Bialy, duzy. Samolot pasazerski. Lecial bardzo nisko. Lecac tak nisko, kierowal sie w strone drugiej wiezy jak bombowiec, który zawisa nad celem, który zrzuca na niego bombe. Az zrozumialam. Zrozumialam równiez dlatego, ze w tej samej chwili wrócila fonia i uslyszalam chór dzikich wrzasków. Wciaz tych samych, dzikich. "God! Oh, God! Oh, God, God, God! Gooooooood!" 
I samolot wsliznal sie w druga wieze, jak nóz sie wslizguje w kostke masla. Byla juz 9.15. Nie pytaj, co czulam podczas tych pietnastu minut. Nie wiem, nie pamietam. Bylam jak sopel lodu. Równiez mój mózg byl soplem. Nie pamietam nawet, co dzialo sie na pierwszej, a co na drugiej wiezy. Ludzie, którzy nie chcieli splonac zywcem, rzucali sie z okien osiemdziesiatego czy dziewiecdziesiatego pietra. Rozbijali szyby w oknach, przechodzili przez nie, rzucali sie w dól, jak z samolotu rzucaja sie spadochroniarze, i spadali powoli. Trzepoczac nogami i rekami, plywajac w powietrzu. Tak, wydawalo sie, ze plywaja w powietrzu. I ze nie dotra do celu. Lecz na poziomie trzydziestego pietra przyspieszali. Zaczynali rozpaczliwie gestykulowac, jak gdyby zalowali wszystkiego, jak gdyby krzyczeli: "Help! Help!" (Na pomoc!). I byc moze tak krzyczeli naprawde. Wreszcie spadali jak kamien i paf!
Wiesz, myslalam, ze na wojnach widzialam juz wszystko. Czulam sie zaszczepiona na wojny, i w gruncie rzeczy to prawda. Nic mnie juz nie zaskakuje. Choc czasami sie wsciekam, a nawet oburzam. Ale na wojnach zawsze widzialam ludzi, których mordowano. Nigdy nie widzialam ludzi, którzy umieraja, zabijajac samych siebie, czyli rzucajac sie bez spadochronu z okien osiemdziesiatego, dziewiecdziesiatego albo setnego pietra. Ponadto na wojnach zawsze widzialam rzeczy, które wybuchaja. Które wybuchaja na wszystkie strony. I zawsze slyszalam wielki huk. A te dwie wieze nie wybuchly. Pierwsza zlozyla sie, pochlonela sama siebie. Druga stopila sie, rozpuscila. Pod wplywem temperatury rozpuscila sie dokladnie tak jak kostka masla na rozgrzanej patelni. I wszystko to, przynajmniej tak mi sie wydawalo, wydarzylo sie w grobowej ciszy. Czy to mozliwe? Czy ta cisza byla naprawde, czy tylko we mnie?
Musze ci równiez wyznac, ze na wojnach zawsze widzialam niewielu zabitych. Co bitwa, to dwiescie czy trzysta zwlok. Najwyzej czterysta. Jak w Wietnamie, w Dak To. A kiedy walka sie skonczyla, Amerykanie zaczeli ich zbierac, liczyc - nie wierzylam wlasnym oczom. Podczas rzezi w Meksyku - tej samej, w której ja równiez zostalam postrzelona - zebrano co najmniej osiemset trupów. I kiedy, biorac mnie za zmarla, wrzucili mnie do kostnicy, wydawalo mi sie, ze wokól mnie jest cale morze zwlok.
Cóz, w obu wiezach pracowalo prawie piecdziesiat tysiecy osób. I bardzo niewiele z nich zdazylo sie ewakuowac. Windy przestaly dzialac, to oczywiste, a wedrówka na dól z górnych pieter musialaby trwac cala wiecznosc. O ile plomienie w ogóle by pozwolily ja podjac. Nigdy nie poznamy liczby ofiar. (Czterdziesci, czterdziesci piec tysiecy...?). Amerykanie nigdy tego nie powiedza. Zeby nie podkreslac rozmiarów tej Apokalipsy. Zeby nie dawac satysfakcji Osamie ben Ladenowi i nie zachecac do nastepnych zamachów. A poza tym te dwie czeluscie, które pochlonely dziesiatki tysiecy istnien, sa zbyt glebokie. Robotnicy wykopuja co najwyzej kawalki poodrywanych czesci ciala. Tu nos, tam palec. Albo mase, która wyglada jak zmielona kawa, a w rzeczywistosci jest materia organiczna. Pozostalosc po cialach, które w mgnieniu oka rozsypuja sie w pyl. Wczoraj burmistrz Giuliani wyslal kolejne dziesiec tysiecy worków, lecz okazaly sie bezuzyteczne.
Co czuje w stosunku do tych kamikadze, którzy zgineli razem z nimi? Zadnego szacunku. Zadnej litosci. Tak, nawet litosci. Ja, która w kazdym przypadku zawsze jej ulegam. Kamikadze, czyli faceci, którzy popelniaja samobójstwo po to, zeby zabic innych ludzi, zawsze wydawali mi sie antypatyczni - dotyczy to równiez japonskich kamikadze z czasów II wojny swiatowej. Nigdy nie uwazalam ich za kogos w rodzaju Pietra Mikki, który zagrodzil nieprzyjacielskim oddzialom droge do Turynu, podpalajac proch i wylatujac w powietrze razem z murami obronnymi [w 1706 r., podczas oblezenia przez wojska francuskie - przyp. tlum.]. Nigdy nie uwazalam ich za zolnierzy. A tym bardziej za meczenników czy bohaterów, jak w 1972 roku, wrzeszczac i plujac, okreslil ich pan Arafat (podczas wywiadu, który przeprowadzilam z nim w Ammanie - w miejscu, gdzie jego sierzanci szkolili równiez terrorystów z grupy Baader Meinhof). Uwazam ich za zarozumialców, i tyle. Zarozumialców, którzy zamiast szukac slawy w kinematografii, w polityce lub sporcie, szukaja jej w smierci wlasnej i innych. W smierci, która zamiast statuetki Oscara, funkcji ministra czy mistrzostwa kraju przyniesie im (jak wierza) podziw. A w przypadku tych, którzy modla sie do Allaha - miejsce w Raju, o którym mówi Koran: w Raju, gdzie bohaterowie pieprza hurysy. Zaloze sie, ze ta zarozumialosc dotyczy równiez ich wygladu.
Mam przed oczami fotografie dwóch kamikadze, o których pisze w "Inszallahu": powiesci, która rozpoczyna sie od zniszczenia bazy amerykanskiej (ponad czterysta ofiar) i bazy francuskiej (ponad trzysta piecdziesiat) w Bejrucie. To zdjecie kazali sobie zrobic, zanim poszli na smierc, i zanim poszli na smierc, poszli tez do fryzjera. Cóz za wspaniala fryzura. Jakie wypomadowane wasy, przylizane bródki, jakie zalotne baczki... Ach! Jak by sie skrecal pan Arafat, gdyby mnie teraz slyszal.
Wiesz, pomiedzy nim a mna nie uklada sie najlepiej. Nigdy mi nie wybaczyl ani przepastnej róznicy pogladów, która wyszla na jaw podczas tamtego spotkania, ani opinii, jaka o nim wyrazilam w mojej ksiazce "Wywiad z historia". Co do mnie, nie wybaczylam mu nigdy niczego. Miedzy innymi tego, ze jednemu z dziennikarzy wloskich, który nieopatrznie przedstawil sie mu jako "mój przyjaciel", przystawiono do serca rewolwer. Wiec sie juz nie spotykamy. A szkoda. Bo gdybym znów sie z nim zobaczyla, a raczej gdybym udzielila mu audiencji, wykrzyczalabym mu w pysk, kim sa meczennicy i bohaterowie. Wrzeszczalabym: "Wielmozny Panie Arafat, meczennikami sa pasazerowie czterech uprowadzonych samolotów zamienionych w zywe bomby. Wsród nich czteroletnia dziewczynka unicestwiona w drugiej wiezy. Wielmozny Panie Arafat, meczennikami sa urzednicy, którzy pracowali w obu wiezach i w Pentagonie. Wielmozny Panie Arafat, meczennikami sa strazacy, którzy zgineli, próbujac ich uratowac. I wie Pan, kto jeszcze zalicza sie do tego grona? Pasazerowie samolotu, który mial runac na Bialy Dom, a który rozbil sie w lesie w Pensylwanii, poniewaz oni podjeli walke! Dla nich - owszem - przydalby sie Raj, Wielmozny Panie Arafat. Klopot w tym, ze teraz to Pan robi za glowe panstwa ad perpetuum. Robi Pan za monarche. Sklada Pan wizyte Papiezowi, twierdzi Pan, ze nie lubi terroryzmu, przesyla Pan Bushowi wyrazy wspólczucia. I w swojej kameleonowej umiejetnosci zaprzeczania samemu sobie bylby Pan zdolny powiedziec mi, ze mam racje".
Lecz zmienmy temat. Ja, jak wiadomo, jestem bardzo chora, i na sama mysl o spotkaniu z róznymi Arafatami dostaje goraczki. Wole mówic o nietykalnosci, jaka wiele osób przypisywalo Ameryce. Nietykalnosc? Jaka nietykalnosc?!? Im bardziej spoleczenstwo jest demokratyczne i otwarte, tym bardziej jest narazone na terroryzm. Im bardziej jakis kraj jest wolny, im dalszy od rezimu policyjnego, tym wieksze ponosi ryzyko i tym czesciej doswiadcza porwan i rzezi, które przez wiele lat mialy miejsce we Wloszech, w Niemczech i innych regionach Europy. I które teraz, w wyolbrzymionym rozmiarze, maja miejsce w Ameryce. Nie bez powodu kraje niedemokratyczne, zarzadzane przez rezimy policyjne, zawsze goscily i finansowaly terrorystów i teraz pomagaja im, jak moga. Na przyklad Zwiazek Radziecki, kraje jego obozu i Chiny Ludowe. Libia Kadafiego, Irak, Iran, Syria, Arafatowski Liban, sam Egipt, sama Arabia Saudyjska, której poddanym jest Osama ben Laden, sam Pakistan, oczywiscie Afganistan i wszystkie muzulmanskie regiony Afryki. Na lotniskach i w samolotach tych krajów zawsze czulam sie bezpieczna. Spokojna jak spiacy noworodek. Balam sie jedynie aresztowania, poniewaz zle pisalam o terrorystach. A na lotniskach i w samolotach europejskich zawsze bylam podenerwowana. Na lotniskach i w samolotach amerykanskich wrecz zdenerwowana. A w Nowym Jorku nerwowa po dwakroc. (W Waszyngtonie nie. Musze to przyznac. Tego, ze samolot moze spasc na Pentagon, naprawde sie nie spodziewalam).
Krótko mówiac, moim zdaniem to nigdy nie byl problem "czy", lecz "kiedy". Jak myslisz, dlaczego we wtorek rano moja podswiadomosc odnotowala ten niepokój, te grozbe? Jak myslisz, dlaczego wbrew moim zwyczajom wlaczylam telewizor? Jak myslisz, dlaczego wsród pytan, jakie sobie stawialam, kiedy plonela pierwsza wieza i nie bylo fonii, pojawilo sie pytanie o zamach? A dlaczego na widok drugiego samolotu od razu wszystko stalo sie dla mnie jasne? Dlatego, ze Ameryka jest najpotezniejszym krajem na swiecie, najbogatszym, najsilniejszym, najbardziej nowoczesnym, prawie wszyscy wpadli w te sidla. Czasami wpadali w nie równiez sami Amerykanie. Lecz kruchosc Ameryki rodzi sie wlasnie z jej sily, z jej bogactwa, z jej potegi, z jej nowoczesnosci. Jak w starej historii o psie, który pozera wlasny ogon.
Rodzi sie równiez z wieloetnicznej istoty Ameryki, z jej liberalizmu, z szacunku dla obywateli i gosci. Przyklad: prawie dwadziescia cztery miliony Amerykanów to Arabowie - muzulmanie. I kiedy jakis Mustafa czy Mohammed przybywa tu, dajmy na to, z Afganistanu w odwiedziny do wujka, nikt mu nie zabroni podjac nauki w szkole pilotazu i nauczyc sie obslugi boeinga 757. Nikt mu nie broni zapisac sie na uniwersytet (mam nadzieje, ze to sie zmieni) i studiowac chemie oraz biologie - dyscypliny niezbedne do wywolania wojny bakteriologicznej. Nikt. Nawet jesli rzad sie obawia, ze ten syn Allaha uprowadzi boeinga 757 albo wrzuci fiolke z bakteriami do zbiornika wody i wywola epidemie. (Mówie "jesli", poniewaz tym razem rzad nic nie wiedzial, a wpadka CIA i FBI razem wzietych przekracza wszelkie dopuszczalne granice. Gdybym byla prezydentem Stanów Zjednoczonych, wykopalabym ich wszystkich za kretynizm).
Ale wrócmy do poczatkowego watku. Jakie sa symbole sily, bogactwa, potegi i nowoczesnosci Ameryki? Nie jazz, nie rock and roll, guma do zucia, hamburger, Broadway czy Hollywood, lecz jej wiezowce. Jej Pentagon. Jej nauka. Jej technologia. Te wspaniale wiezowce, takie wysokie, takie piekne, ze kiedy unosisz wzrok, jestes sklonny zapomniec o piramidach i o boskich przybytkach naszej przeszlosci. Te gigantyczne, przesadnie wielkie samoloty, których uzywaja tak samo, jak kiedys uzywali zaglowców i ciezarówek, poniewaz teraz juz w zadnej dziedzinie zycia nie moga sie obyc bez samolotów. W zadnej. Poczta, swieze ryby, my sami. (A nie zapominaj, ze to oni wynalezli wojne lotnicza. A przynajmniej rozwineli do histerycznych rozmiarów). Ten przerazajacy Pentagon, ta forteca, która budzi strach juz na pierwszy rzut oka. Ta wszechobecna i wszechmocna nauka. Ta niewiarygodna technologia, która w ciagu niewielu lat przewrócila zasady naszego codziennego funkcjonowania, nasze tysiacletnie sposoby komunikowania, jedzenia, zycia. I gdzie ich ugodzil szacowny Osama ben Laden? W wiezowce, w Pentagon. Jak? Samolotami, zdobyczami naukowymi, technologia.
By the way: czy wiesz, co mnie najbardziej zdumiewa w tym ponurym ultramiliarderze, w tym niezrealizowanym playboyu, który zamiast zalecac sie do jasnowlosych ksiezniczek i szalec w nocnych klubach (jak to robil w Bejrucie, kiedy mial dwadziescia lat), zabawia sie, mordujac w imie Mahometa i Allaha? Fakt, ze jego bezkresny majatek pochodzi równiez z dochodów korporacji wyspecjalizowanej w burzeniu i ze on sam jest doswiadczonym burzycielem. Demolka jest specjalnoscia amerykanska.
Kiedy sie spotkalismy, wydawales sie niemal zdumiony heroiczna sprawnoscia i godna podziwu solidarnoscia, z jaka Amerykanie stawili czolo tej Apokalipsie. O, tak. Mimo wad, które sa jej bez przerwy wytykane i które ja sama jej wyrzucam (pomimo ze europejskie, a zwlaszcza wloskie, wady sa jeszcze bardziej powazne), Ameryka jest krajem, który moze nauczyc nas wielkich rzeczy.
A propos tej heroicznej sprawnosci, pozwól mi wyspiewac pean na czesc burmistrza Nowego Jorku. Tego Rudolpha Giulianiego, któremu my, Wlosi, powinnismy dziekowac na kleczkach. Poniewaz nosi wloskie nazwisko, z pochodzenia jest Wlochem i przed calym swiatem wystawia nam najlepsze swiadectwo. To wielki, naprawde bardzo wielki burmistrz ten Rudolph Giuliani. Mówi ci to osoba, która nigdy nie jest zadowolona z niczego i nikogo, poczynajac od siebie samej. Jest godny innego wielkiego burmistrza o wloskim nazwisku - Fiorella La Guardia - i wielu naszych burmistrzów powinno sie zglosic do niego po lekcje. Stanac przed nim z pochylona glowa, posypac ja sobie popiolem i spytac: "Panie Giuliani, jak to sie robi?". On nie zrzuca na nikogo swoich obowiazków. Nie traci czasu na pierdoly i na podzial lupów. Nie dzieli wlasnej osoby na funkcje burmistrza, ministra i posla. (Czy ktos mnie slucha w trzech miastach Stendhala, czyli w Neapolu, Florencji i Rzymie?). Pojawil sie natychmiast i kiedy wbiegl do drugiego drapacza chmur, ryzykowal, ze wraz z innymi zamieni sie w proch. Uratowal sie przez przypadek, o wlos. I w ciagu czterech dni przywrócil miasto do zycia. Miasto, które - pamietaj! - ma dziewiec i pól miliona mieszkanców, prawie dwa miliony na samym Manhattanie. Jak tego dokonal, nie wiem. Biedak, jest chory jak ja. Rak ze swoimi nawrotami dorwal równiez jego. I tak jak ja udaje, ze jest zdrowy - pracuje mimo wszystko. Ale ja pracuje przy stoliku, na siedzaco, do diabla! A on... Wygladal jak general, który osobiscie bierze udzial w bitwie. Jak zolnierz, który rzuca sie z bagnetem do ataku. "Do roboty, ludzie! Zakaszmy rekawy, szybko!".
Ale udalo mu sie, poniewaz ci ludzie byli, sa tacy sami jak on. Ludzie, którzy nie znaja znuzenia, gnusnosci, ludzie - jak by powiedzial mój ojciec - z jajami. Co do niezwyklej jednosci, niemal wojennej zwartosci szeregów, która Amerykanie demonstruja wobec tragedii i wobec wroga, to cóz - musze przyznac, ze zaskoczyla ona mnie sama. Owszem, wiedzialam, ze dala o sobie znac w okresie Pearl Harbor, czyli wtedy, gdy naród skupil sie wokól Roosevelta, a Roosevelt podjal walke z hitlerowskimi Niemcami, z Wlochami Mussoliniego i z Japonia cesarza Hirohito. Owszem, poczulam ja po zabójstwie Kennedyíego. Ale potem byla wojna w Wietnamie, rozdzierajace podzialy wywolane wojna w Wietnamie i w pewnym sensie to przypomnialo mi ich wojne secesyjna sprzed póltora wieku. I tak, kiedy zobaczylam, jak biali i czarni obejmuja sie i wspólnie placza (powtarzam: obejmuja sie), kiedy widzialam, jak demokraci i republikanie obejmuja sie i spiewaja "God save America" (Boze, ocal Ameryke), kiedy widzialam, jak zacieraja wszystkie róznice, oniemialam. To samo, kiedy uslyszalam, jak Bill Clinton (osoba, do której nigdy nie mialam slabosci) deklaruje: "Zaciesnijmy szeregi wokól George Busha, ufajcie naszemu prezydentowi". To samo, kiedy te same slowa powtórzyla dobitnie jego zona Hillary, obecnie senator stanu Nowy Jork. To samo, kiedy powtórzyl je Lieberman, byly kandydat Demokratów na wiceprezydenta. (Tylko przegrany Al Gore trwal w sromotnym milczeniu). I to samo, kiedy Kongres jednomyslnie przeglosowal wojne, ukaranie winnych.
Ach, gdyby tak Wlochy zechcialy wyciagnac z tego nauke! Wlochy sa tak podzielone. Tak rozbite, tak zatrute swoimi plemiennymi malostkami! We Wloszech nienawidza sie nawet przedstawiciele tej samej partii. Nie umieja byc razem nawet wtedy, gdy maja ten sam emblemat, ten sam symbol, do diabla! Zawistni, zgorzkniali, prózni, mali, mysla wylacznie o swoich prywatnych interesach. O swoich marnych karierach, o swojej nedznej chwale, o swojej lokalnej wielkosci. Dla osobistych interesów robia sobie nawzajem na zlosc, zdradzaja sie, oskarzaja, kurwia... Jestem absolutnie przekonana, ze gdyby Osama ben Laden wysadzil w powietrze wieze Giotta [nalezaca do katedry we Florencji - przyp. tlum.] albo wieze w Pizie, opozycja oskarzylaby o to rzad. A rzad oskarzylby opozycje. Szefowie rzadu i opozycji oskarzyliby wlasnych kolegów i towarzyszy.
A teraz pozwól sobie wytlumaczyc, skad bierze sie ta jednosc, która cechuje Amerykanów. Rodzi sie z ich patriotyzmu. Nie wiem, czy we Wloszech widzieliscie i zrozumieliscie to, co wydarzylo sie w Nowym Jorku, kiedy Bush poszedl podziekowac robotnikom (i robotnicom), którzy przeszukujac zgliszcza obu wiez, usiluja ocalic zywych ludzi, lecz wykopuja jedynie nosy i palce. A jednak nie ustepuja. Nie rezygnuja. A kiedy spytasz ich, jak to robia, odpowiedza: "I can allow myself to be exhausted not to be defeated" (Moge sobie pozwolic na zmeczenie, ale nie na porazke). Wszyscy. Mlodzi, nieletni, starzy, w srednim wieku. Biali, czarni, zólci, brazowi, fioletowi... Widzieliscie czy nie? Kiedy Bush im dziekowal, machali tylko amerykanskimi sztandarami i wznosili zacisniete piesci z groznym pomrukiem: "USA! USA! USA!". Gdyby chodzilo o kraj totalitarny, pomyslalabym: "Ale ich dobrze zorganizowali!". Jednak nie w Ameryce. W Ameryce takich rzeczy sie nie organizuje. Nie nakazuje sie ich, nie zarzadza. Zwlaszcza w metropolii tak bardzo pozbawionej zludzen jak Nowy Jork, w której mieszkaja tacy robotnicy jak nowojorscy.
Robotnicy nowojorscy to wyjatkowe typy. Bardziej wolni od wiatru, nie do utrzymania. Nie sluchaja nawet swoich zwiazków zawodowych. Ale spróbuj tknac ich flage, Ojczyzne... W jezyku angielskim nie ma slowa "Ojczyzna". Zeby powiedziec "Ojczyzna", trzeba zlozyc dwa slowa, np. Father Land, Ziemia Ojców. Mother Land, Ziemia Macierzysta. Native Land, Ziemia Rodzinna. Albo powiedziec po prostu My Country, Mój Kraj. Ale rzeczownik "patriotism" istnieje. Przymiotnik "patriotic" istnieje. 
I oprócz Francji chyba nie umiem wyobrazic sobie bardziej patriotycznego kraju niz Ameryka. Ach! Tak bardzo sie wzruszylam, widzac tych robotników, którzy zaciskajac piesci i pomachujac flaga, warczeli "USA! USA! USA!", choc nikt im tego nie kazal. 
I odczulam cos w rodzaju upokorzenia, poniewaz robotników wloskich, którzy powiewaja wlasna trójkolorowa flaga i pomrukuja "Italia! Italia!", jakos nie umiem sobie wyobrazic. Na pochodach i wiecach widzialam, jak wymachuja czerwonymi flagami. Rzeki, jeziora czerwonych sztandarów. Ale trójkolorowych sztandarów widzialam bardzo niewiele. Ani jednego. Zle kierowani lub tyranizowani przez arogancka lewice oddana Zwiazkowi Radzieckiemu trójkolorowe flagi zawsze pozostawiali wrogom. A wrogowie nie robili z nich raczej dobrego uzytku. Dzieki Bogu nie zrobili z nich równiez zlego. A ci, którzy chodza na msze, to samo. A cham w zielonej koszuli i pod zielonym krawatem w ogóle nie wie, jakie sa te trzy kolory: "Jestem Lombardczykiem!". On chcialby nas cofnac do czasu wojen pomiedzy Florencja a Siena. W rezultacie wloskie flagi widac dzis tylko na olimpiadzie, jezeli przypadkiem uda sie zdobyc jakis medal. Co gorsza, widac je na stadionach podczas miedzypanstwowych meczów pilkarskich. Jest to zreszta równiez jedyna okazja, zeby uslyszec okrzyki: "Italia! Italia!". Ech! Istnieje duza róznica pomiedzy krajem, w którym flaga Ojczyzny wymachuja tylko chuligani na stadionie, a krajem, w którym powiewa nia caly naród. Na przyklad niepokorni robotnicy, którzy draza zgliszcza, zeby wydobyc jakies ucho czy nos ludzi zamordowanych przez synów Allaha. Lub po to, zeby zebrac te zmielona kawe. 
Mój drogi, to fakt, ze Ameryka jest szczególnym krajem. Krajem, któremu mozna pozazdroscic rzeczy niemajacych nic wspólnego z bogactwem. Dlatego ze powstal z potrzeby duszy, z potrzeby posiadania ojczyzny, a takze z idei najbardziej wznioslej, jaka kiedykolwiek pomyslal czlowiek: z idei wolnosci, i to splecionej z idea równosci. A takze dlatego, ze w tamtych czasach idea wolnosci wcale nie byla modna. Idea równosci równiez. O takich rzeczach mówili tylko niektórzy filozofowie oswiecenia. Takie koncepty mozna bylo znalezc tylko w kosztownym tomiszczu w odcinkach nazywanym Encyklopedia. I oprócz pisarzy i innych intelektualistów, oprócz ksiazat i jasniepanów, którzy mieli pieniadze, zeby kupic to tomiszcze lub ksiazki, które zainspirowaly jego autorów, kto mial pojecie o oswieceniu? Tym nie mozna bylo napelnic brzucha! O oswieceniu nie mówili nawet francuscy rewolucjonisci, a poza tym rewolucja francuska miala wybuchnac w 1789 roku, czyli trzynascie lat po rewolucji amerykanskiej, która wybuchla w roku 1776. (To inny szczegól, o którym anty-Amerykanie z gatunku dobrze-im-tak nie wiedza albo udaja, ze zapomnieli. Obludnicy). 
To kraj szczególny, kraj godny zazdrosci, równiez dlatego, ze ta idea zostala zrozumiana przez rolników, nierzadko analfabetów, w kazdym razie ludzi niewyksztalconych. Rolników z kolonii amerykanskich. I dlatego ze zostala zrealizowana przez mala grupe nadzwyczajnych liderów: przez ludzi wielkiej kultury i wielkiej wartosci. The Founding Fathers, Ojców Zalozycieli. Ale czy masz pojecie, kim byli Ojcowie Zalozyciele, Franklinowie, Jeffersonowie, Paineíowie, Adamsowie, Washingtonowie i im podobni? To nie adwokaciny (jak slusznie nazywal ich Vittorio Alfieri), uczestnicy rewolucji francuskiej! [Vittorio Alfieri - XVIII-wieczny pisarz wloski - red.]. To nie ponurzy i histeryczni kaci Terroru, to nie Marat, Danton, Saint-Just, Robespierre! Ojcowie Zalozyciele byli ludzmi, którzy greke i lacine znali tak jak wloscy nauczyciele greki i laciny (o ile tacy jeszcze istnieja) nigdy sie nie naucza. Ludzie, którzy po grecku czytali Arystotelesa i Platona, po lacinie czytali Seneke i Cycerona, którzy zasady demokracji greckiej zglebili tak, jak w moich czasach nawet marksisci nie przestudiowali teorii nadbudowy. (Zakladajac, ze w ogóle ja studiowali). 
Jefferson znal równiez wloski (nazywal go toskanskim). Po wlosku mówil i pisal bardzo swobodnie. I razem z dwoma tysiacami szczepów winnych i tysiacem szczepów drzew oliwnych oraz papierem nutowym, którego w Wirginii brakowalo, w 1774 roku florentczyk Filippo Mazzei przywiózl mu kilka egzemplarzy ksiazki napisanej przez niejakiego Cesare Beccarie, zatytulowanej AO przestepstwach i karachE [Cesare Beccaria - XVIII-wieczny prawnik i ekonomista wloski - red.]. Co do samouka Franklina, byl geniuszem. Uczony, drukarz, wydawca, pisarz, dziennikarz, polityk, wynalazca. W 1752 roku odkryl elektryczna nature pioruna i wynalazl piorunochron. To niemalo. 
I to razem z tymi nadzwyczajnymi liderami, z tymi wartosciowymi ludzmi, rolnicy analfabeci, w kazdym razie ludzie niewyksztalceni, zbuntowali sie w 1776 roku przeciw Anglii. Proklamowali wojne o niepodleglosc, rewolucje amerykanska. Cóz... Pomimo uzycia karabinów i prochu strzelniczego, pomimo ofiar, którymi przyplaca sie kazda wojne, nie poplynely wówczas rzeki krwi tak charakterystyczne dla pózniejszej rewolucji francuskiej. Nie uzyli gilotyn i nie dokonali masakr, jakie znamy z Wandei. Przeprowadzili to za pomoca kartki papieru, która razem z duchowa potrzeba posiadania ojczyzny urzeczywistniala wzniosla idee wolnosci, i to splecionej z równoscia - Deklaracji Niepodleglosci. "We hold these truths to be self-evident..." (Uwazamy nastepujace prawdy za oczywiste: ze wszyscy ludzie stworzeni sa równymi, ze Stwórca obdarzyl ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, ze w sklad tych praw wchodzi zycie, wolnosc i swoboda ubiegania sie o szczescie, ze celem zabezpieczenia tych praw wylonione zostaly sposród ludzi rzady...). 
I ta kartka papieru, która - poczawszy od rewolucji francuskiej - wszyscy lepiej lub gorzej skopiowalismy lub która sie inspirowalismy, wciaz jest kregoslupem Ameryki. Zywotnym sokiem tego narodu. Czy wiesz dlaczego? Bo poddanych zmienia w obywateli. Bo plebejuszy zmienia w Naród. Bo ich zacheca, a wrecz nakazuje, by sami soba rzadzili, by wyrazali wlasne indywidualne róznice, by szukali wlasnego szczescia. W przeciwienstwie do tego, co czynil komunizm, który zabranial ludziom buntu, samorzadnosci, swobody wypowiedzi, bogacenia sie i zastapil tradycyjnych królów Jego Wysokoscia Panstwem. "Komunizm jest rezimem monarchicznym, monarchia starej daty. I jako taki obcina ludziom jaja. A czlowiek bez jaj juz nie jest czlowiekiem" - mawial mój ojciec. Mawial równiez, ze zamiast wywyzszac plebejuszy, komunizm wszystkich zamienial w plebs. Ze wszystkich robil zdechlaków. 
Cóz, moim zdaniem Ameryka wywyzsza plebs. W Ameryce wszyscy sa plebejuszami. Biali, czarni, zólci, brazowi, fioletowi, glupi, inteligentni, biedni, bogaci. A najwiekszymi plebejuszami sa bogacze. W wiekszosci przypadków, co za prostaki. Gruboskórni, chamscy. Od razu widac, ze nie czytali podreczników savoir-vivreíu, ze nigdy nie mieli nic wspólnego z wyrafinowaniem, dobrym gustem czy z sophistication. Pomimo pieniedzy, które trwonia na ubrania, sa tak nieeleganccy, ze w porównaniu z nimi nawet królowa Anglii wydaje sie szykowna. Ale sa wyzwoleni, do diabla. A na tym swiecie nie ma nic silniejszego, potezniejszego od wyzwolonego plebsu. Zawsze polamiesz sobie rogi o Wyzwolony Plebs. 
A o Ameryke polamali juz sobie rogi wszyscy. Anglicy, Niemcy, Meksykanie, Rosjanie, nazisci, faszysci, komunisci. Jako ostatni polamali je sobie Wietnamczycy, którzy po swoim zwyciestwie musieli pójsc z Amerykanami na uklady, wiec kiedy Wietnamczykom sklada wizyte byly prezydent Stanów Zjednoczonych, wydaje im sie, ze chwycili Pana Boga za nogi. "Bienvenu, Monsieur le President, bienvenu!". 
Problem w tym, ze Wietnamczycy nie modla sie do Allaha. A z dziecmi Allaha przeprawa bedzie ciezka. Bardzo dluga i bardzo ciezka. Chyba ze reszta Zachodu przestanie robic pod siebie. I zreflektuje sie, i udzieli Ameryce pomocy. Nie mówie, rzecz jasna, do hien, które sie ciesza na widok zgliszcz i rechoca: "Dobrze-tak- Amerykanom-dobrze-im-tak". Mówie do osób, które choc nie sa glupie i zle, wciaz jeszcze bujaja w ostroznosci i watpliwosciach. Do nich mówie: Ludzie, obudzcie sie! Zahukani przez strach, niesklonni plynac pod prad, czyli sciagnac na siebie oskarzenie o rasizm (slowo zreszta niewlasciwe, poniewaz tu nie chodzi o rase, lecz o religie), nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumiec, ze wlasnie sie toczy Krucjata, tyle ze na odwrót.
Przyzwyczajeni do podwójnej gry, zaslepieni krótkowzrocznoscia nie rozumiecie lub nie chcecie zrozumiec, ze wlasnie toczy sie wojna religijna. Której chce i która wypowiada byc moze tylko odlam tamtej religii, lecz i tak jest to wojna religijna. Wojna, która oni nazywaja dzihad. Swieta Wojna. Wojna, której celem byc moze nie jest zdobycie naszych terytoriów, lecz której celem z pewnoscia jest podbój naszych dusz. Unicestwienie naszej wolnosci i naszej cywilizacji. Zniszczenie naszego sposobu zycia i smierci, naszego sposobu modlenia sie lub niemodlenia, naszego sposobu jedzenia, picia, ubierania, rozrywki i przekazu informacji... 
Nie rozumiecie albo nie chcecie zrozumiec, ze jesli sie nie przeciwstawimy, jesli nie bedziemy sie bronic, walczyc, to dzihad zwyciezy. I zniszczy swiat, który lepiej lub gorzej udalo sie nam zbudowac, zmienic, ulepszyc, uczynic nieco bardziej inteligentnym, czyli mniej bigoteryjnym lub calkowicie wolnym od bigoterii. I tym samym zniszczy nasza kulture, nasza sztuke, nauke, moralnosc, nasze wartosci, nasze przyjemnosci... 
Jezu! Czy nie zdajecie sobie sprawy, ze ludzie tacy jak Osama ben Laden czuja sie uprawnieni do tego, zeby zabijac was i wasze dzieci tylko dlatego, ze pijecie wino lub piwo, ze nie nosicie dlugiej brody albo czarczafu, chodzicie do teatru i kina, sluchacie muzyki i spiewacie piosenki, dlatego ze tanczycie w dyskotekach albo we wlasnym domu, bo ogladacie telewizje, nosicie minispódniczki albo krótkie skarpetki, bo w morzu albo w basenie stoicie nago lub prawie, bo pieprzycie sie, kiedy macie ochote, gdzie macie ochote i z kim macie ochote? Nawet to was nie obchodzi, idioci? 
Dzieki Bogu jestem ateistka. I nie mam najmniejszego zamiaru dac sie zabic za to, ze jestem, jaka jestem. Od dwudziestu lat to mówie, od dwudziestu lat. 
W miare lagodnie, bez tej pasji, dwadziescia lat temu napisalam o tym artykul do "Corriere della Sera". Byl to artykul osoby przyzwyczajonej do koegzystencji ze wszystkimi rasami i ze wszystkimi wyznaniami, obywatelki przyzwyczajonej do zwalczania wszelkich faszyzmów i wszelkich nietolerancji, laika, dla którego nie istnieja tabu. Lecz byl to równiez artykul osoby oburzonej na wszystkich, którzy nie czuli smrodu zblizajacej sie Swietej Wojny, wojny, która dzieciom Allaha wybaczala az nazbyt wiele. 
Dwadziescia lat temu przeprowadzilam mniej wiecej takie rozumowanie. "Jaki sens ma szacunek dla kogos, kto nas nie szanuje? Jaki jest sens bronic ich kultury lub ambicji posiadania kultury, skoro oni pogardzaja nasza? Ja chce bronic naszej i informuje was, ze wole Dantego Alighieri od Omara Chajjama" [perskiego poety, matematyka i filozofa, zyjacego na przelomie XI i XII w. - red.]. Rozstapila sie ziemia. "Rasistka! Rasistka!". Prawie mnie ukrzyzowali, i to wciaz ci sami rzecznicy postepu (w tamtych czasach nazywali sie komunistami). 
Zreszta ta obelga spotkala mnie równiez wtedy, gdy Sowieci najechali na Afganistan. Pamietasz tych brodaczy w burnusach i turbanach, którzy za kazdym nacisnieciem cyngla wykrzykiwali pochwaly Pana? "Allah akbar! Allah akbar!". Ja pamietam ich dobrze. A kiedy tak kojarzyli slowo "Bóg" z naciskaniem cyngla, przechodzily mnie dreszcze. Wydawalo mi sie, ze to sredniowiecze, i mówilam: "Sowieci sa, jacy sa. Ale trzeba przyznac, ze prowadzac te wojne, bronia równiez nas. I jestem im wdzieczna". 
Znów rozstapila sie ziemia. "Rasistka! Rasistka!". W swoim zaslepieniu nie chcieli nawet sluchac, jak mówilam o potwornosciach, które synowie Allaha popelniali na jencach wojennych. (Odcinali im rece i nogi, pamietasz? Przyjemnosc, której sie dopuszczali juz w Libanie na jencach chrzescijanskich i zydowskich). Nie chcieli, zebym o tym mówila, nie. I tylko po to, zeby uchodzic za ludzi postepu, bili brawo Amerykanom oglupialym ze strachu przed wiazkiem Radzieckim i szpikowali bronia bohaterski-naród-afganski. Szkolili brodaczy, a razem z brodaczami superbrodacza Osame ben Ladena. Rosjanie-precz-z-Afganistaaaanu! Rosjanie-musza-opuscic-Afganistaaaan! No i Rosjanie poszli sobie z Afganistanu: i co, juz wszystko w porzadku? I brodacze superbrodacza Osamy ben Ladena przybyli z Afganistanu do Nowego Jorku, razem z ogolonymi Syryjczykami Egipcjanami Irakijczykami Libanczykami Palestynczykami Saudyjczykami, którzy zlozyli sie na bande dziewietnastu zidentyfikowanych kamikadze: juz wszystko w porzadku? 
Gorzej: teraz dyskutuje sie nad bliskim atakiem, który uderzy w nas bronia chemiczna, biologiczna, radioaktywna, nuklearna. Mówi sie, ze nowa rzez jest nieunikniona, poniewaz Irak dostarcza im materialu. Mówi sie o szczepieniach, o maskach gazowych, o dzumie. W powietrzu wisi pytanie, kiedy to nastapi... Juz wszystko w porzadku? 
Niektórzy nie sa ani zadowoleni, ani niezadowoleni. Nie obchodzi ich to. Ameryka jest przeciez daleko, miedzy Europa a Ameryka jest ocean... O nie, moi drodzy. Nie. Jest struzka wody. Poniewaz kiedy gra toczy sie o los Zachodu, o przetrwanie naszej cywilizacji, to Nowym Jorkiem jestesmy my sami. Ameryka to my. My, Wlosi, my, Francuzi, my, Anglicy, my, Niemcy, my, Austriacy, my, Wegrzy, my, Slowacy, my, Polacy, my, Skandynawowie, my, Belgowie, my, Hiszpanie, my, Grecy, my, Portugalczycy. Jesli runie Ameryka, runie Europa. Kiedy runie Zachód, runiemy my. I to nie tylko w znaczeniu finansowym, czyli w tym, który chyba najbardziej was martwi. 
Kiedys, kiedy bylam mloda i naiwna, powiedzialam do Arthura Millera: "Amerykanie mierza wszystko pieniedzmi, mysla tylko o pieniadzach". Arthur Miller odpowiedzial: "A wy nie?".
Upadniemy we wszystkich znaczeniach, mój drogi. I na miejscu dzwonów zobaczymy muezinów, zamiast minispódniczek bedziemy nosili czarczafy, zamiast koniaku bedziemy pili wielbladzie mleko. To równiez do was nie przemawia? Nawet tego nie chcecie zrozumiec?!? Blair zrozumial. Przylecial tutaj i przywiózl, a raczej odnowil wobec Busha zapewnienie o solidarnosci Anglików. Solidarnosci wyrazonej nie gadulstwem i zawodzeniem - solidarnosci, która polega na polowaniu na terrorystów i na wojskowym sojuszu. 
Chirac tego nie zrobil. Jak wiesz, w ubieglym tygodniu byl tutaj z wizyta oficjalna. Wizyta planowana od dawna, nie wizyta ad hoc. Zobaczyl zgliszcza obu wiez, dowiedzial sie, ze liczby ofiar nie da sie ustalic, a raczej wypowiedziec, ale to nie wyprowadzilo go z równowagi. Podczas wywiadu, którego udzielil CNN, moja przyjaciólka Cristiana Amanpour cztery razy zadala mu pytanie, w jaki sposób i w jakim stopniu zamierza wystapic przeciw temu dzihadowi, i czterokrotnie Chirac uniknal odpowiedzi. Wywinal sie jak wegorz. Chcialo sie krzyczec: "Monsieur le President! Czy pamieta Pan desant w Normandii? Czy Pan wie, ilu Amerykanów poleglo w Normandii, zeby wyrzucic nazistów równiez z Francji?". 
Wylaczajac Blaira, równiez wsród pozostalych Europejczyków nie widze zreszta zadnego Ryszarda Lwie Serce. A przede wszystkim we Wloszech, gdzie rzad nie zidentyfikowal, czyli nie aresztowal, zadnego wspólnika lub podejrzanego o wspólnictwo z Osama ben Ladenem. Na Boga, Szanowny Panie Premierze! Pomimo strachu przed wojna w kazdym kraju Europy zostal wskazany i aresztowany jakis wspólnik Osamy ben Ladena. We Francji, w Niemczech, Anglii, Hiszpanii... Ale we Wloszech, gdzie meczety Mediolanu, Turynu i Rzymu roja sie od lajdaków, którzy wznosza hymny ku czci Osamy ben Ladena, od terrorystów, którzy tylko czekaja, zeby wysadzic kopule Bazyliki sw. Piotra - nikt. Zero. Nic. Nikt. 
Prosze mi wytlumaczyc, Szanowny Panie Premierze: czy Panscy policjanci i zandarmi sa tak nieporadni? Panskie sluzby specjalne sa az tak bardzo do dupy? Panscy funkcjonariusze sa az tak glupi? I wszyscy synowie Allaha, którym udzielamy gosciny, sa tacy swieci? Zaden z nich nie mial nic wspólnego z tym, o sie wydarzylo i dzieje? A moze boi sie Pan, ze za sluszne dochodzenie, za odnalezienie i aresztowanie tych, których dotychczas nie znalezliscie i nie aresztowaliscie, grozi Panu tradycyjne oskarzenie: "Rasista! Rasista!"? Ja, jak Pan widzi, nie. Jezu! 
Nie odmawiam nikomu prawa do strachu. Tylko kretyn nie boi sie wojny. A ci, którzy chca pokazac, ze nie boja sie wojny - pisalam o tym juz tysiac razy - sa kretynami i oszustami za jednym zamachem. Ale w Zyciu i w Historii sa przypadki, w których nie wolno sie bac. Przypadki, w których bac sie jest niemoralnie i nieobywatelsko. A ci, którzy z powodu slabosci lub braku odwagi lub sila nawyku chca pozostac posrodku i w ten sposób uniknac tragedii, wydaja mi sie masochistami. Wlasnie tak, masochistami. 
Dlaczego mówimy o tym, co ty nazywasz "Róznicami-pomiedzy-dwiema- Kulturami"? Cóz, jesli naprawde chcesz wiedziec, irytuje mnie nawet mówienie o dwóch kulturach, to, ze stawia sie je na jednym poziomie, jak gdyby to byly dwie równolegle rzeczywistosci, podobnej wagi i miary. Poniewaz za nasza cywilizacja stoi Homer, Sokrates, Platon, Arystoteles, Fidiasz, na Boga. Jest starozytna Grecja ze swoim Partenonem i ze swoim odkryciem Demokracji. Jest starozytny Rzym ze swoja potega, ze swoimi prawami, ze swoim pojeciem Prawa. Jego rzezby, jego literatura, architektura. Jego palace i jego amfiteatry, jego akwedukty i mosty, jego drogi. Jest rewolucjonista, ten Chrystus, który umarl na krzyzu, który nas uczyl (a jesli sie nie nauczylismy, to trudno!) takich pojec jak milosc i sprawiedliwosc. Jest Kosciól, który, zgoda, sprezentowal mi inkwizycje. Który mnie torturowal i spalil tysiac razy na stosie, zgoda. Który przez wieki mnie przesladowal, przez wieki zmuszal mnie, by rzezbic i malowac jedynie Chrystusy i Madonny, który prawie zamordowal mi Galileusza. Upokorzyl mi go, zagluszyl. Ale mial równiez swój wielki wklad w Historie Mysli: tak czy nie? 
Za nasza cywilizacja jest jeszcze renesans. Jest Leonardo da Vinci, Michal Aniol, Rafael, jest muzyka Bacha, Mozarta, Beethovena. I tak dalej, az po Rossiniego, Donizettiego, Verdiego and Company. Ta muzyka, bez której nie potrafimy zyc, a która w ich kulturze albo w ich ambicji posiadania kultury jest zakazana. Biada, jesli zanucisz piosenke albo zaintonujesz chór z "Nabuchodonozora" [Verdiego]. 
I wreszcie, na Boga, jest nauka. Nauka, która zrozumiala wiele chorób i terapii. Ja jeszcze zyje, na razie, dzieki naszej nauce - nie dzieki nauce Mahometa. Nauka, która wymyslila cudowne maszyny. Pociag, samochód, samolot, statki kosmiczne, którymi polecielismy na Ksiezyc i na Marsa, i niebawem polecimy Bóg jeszcze wie dokad. Nauka, która zmienila oblicze tej planety dzieki wynalezieniu elektrycznosci, radia, telefonu, telewizji. 
Prawda, ze kaplani lewicy nie chca przyznac tego, co przed chwila powiedzialam? Boze, co za kutasy! Nigdy sie nie zmienia. I oto nieuchronne pytanie: a co jest za ta druga kultura? Ba! Szukaj sobie, jak chcesz, ale ja znajduje tylko Mahometa z jego Koranem i Awerroesa z jego zaslugami uczonego (komentarze do Arystotelesa i tak dalej). Arafat znajduje równiez cyfry i matematyke. Znów wrzeszczac na mnie i zalewajac mnie slina, powiedzial mi w 1972 roku, ze jego kultura jest wyzsza od mojej, o wiele wyzsza od mojej, poniewaz jego przodkowie wymyslili cyfry i matematyke. Ale Arafat ma krótka pamiec. Dlatego zmienia zdanie i przeczy sobie co piec minut. Jego przodkowie nie wymyslili cyfr ani matematyki. Wymyslili zapis cyfr, który równiez my, niewierni, stosujemy, a matematyka zostala wymyslona prawie równoczesnie przez wszystkie starozytne cywilizacje. W Mezopotamii, Grecji, Indiach, Chinach, Egipcie, wsród Majów... Panscy przodkowie, Wielmozny Panie Arafat, pozostawili nam tylko nieco pieknych meczetów i jedna ksiazke, która od tysiaca czterystu lat jej wyznawcy zawracaja mi dupe bardziej niz chrzescijanie swoja Biblia, a Zydzi swoja Tora. 
Zobaczmy wiec, jakie zalety wyrózniaja ten Koran. Czy sa to naprawde zalety? Od kiedy synowie Allaha prawie zniszczyli Nowy Jork, znawcy islamu nie robia nic innego, tylko wychwalaja mi Mahometa: tlumacza, ze Koran naucza pokoju, braterstwa i sprawiedliwosci. (Zreszta mówi to równiez Bush, biedny Bush. I to jest zrozumiale, ze Bush musi zadowolic dwadziescia cztery miliony amerykanskich muzulmanów, przekonac ich, zeby powiedzieli to, co wiedza o ewentualnych krewnych, przyjaciolach albo znajomych powiazanych z Osama ben Ladenem). Lecz wówczas co zrobimy z zasada oko-za-oko-zab-za-zab? Co zrobimy ze sprawa czarczafów, a raczej woalu, który zakrywa twarz muzulmanek? By spojrzec na blizniego, musza, nieszczesne, patrzec przez gesta siatke umieszczona na wysokosci oczu. Co zrobimy z poligamia i zasada, wedle której kobiety maja byc warte mniej od wielbladów, nie powinny chodzic do szkoly, nie powinny chodzic do lekarza, nie powinny robic sobie zdjec i tak dalej? Co zrobimy z zakazem picia alkoholu i kara smierci dla tych, którzy zakaz ten lamia? To równiez jest w Koranie. A nie wydaje mi sie to wcale tak sprawiedliwe, tak braterskie, tak pokojowe. 
Oto zatem moja odpowiedz na twoje pytanie o Róznice-pomiedzy-dwiema-Kulturami. Na swiecie jest miejsce dla wszystkich, tak twierdze. We wlasnym domu kazdy robi, co chce. I jesli w niektórych krajach kobiety sa tak glupie, ze godza sie na czarczaf, czyli woal, i patrza przez gesta siatke umieszczona na wysokosci oczu, tym gorzej dla nich. Jesli godza sie nie chodzic do szkoly, nie chodzic do lekarza, nie robic sobie zdjec i tak dalej, tym gorzej dla nich. Jezeli ich mezczyzni sa tak tepi, ze nie pija piwa i wina, jak wyzej. Ja im tego nie zabronie. Jeszcze czego!
Zostalam wychowana w poczuciu wolnosci, a moja mama mówila: "Swiat jest piekny, poniewaz jest róznorodny". Lecz jesli zamierzaja narzucic mi to samo w moim domu... A zamierzaja. Osama ben Laden twierdzi, ze cala planeta Ziemia musi sie stac muzulmanska, ze musimy nawrócic sie na islam, ze po dobroci albo pod przymusem nas nawróci, ze w tym celu nas masakruje i w dalszym ciagu bedzie nas masakrowal. I to nie moze sie nam podobac, nie. To musi nam narzucic silna wole odwrócenia ról, zabicia jego. Jednak ta rzecz sie nie rozstrzygnie, nie wyczerpie wraz ze smiercia Osamy ben Ladena. Poniewaz Osamów ben Ladenów sa juz dziesiatki tysiecy, i to nie tylko w Afganistanie czy innych krajach arabskich. Sa wszedzie, a najbardziej zaciekli sa wlasnie na Zachodzie. W naszych miastach, na naszych ulicach, na naszych uniwersytetach, w osrodkach badan nad technologia. Nad ta technologia, która kazdy glupek moze sie poslugiwac. Krucjata trwa juz od dawna. I dziala jak szwajcarski zegarek, podtrzymywana przez wiare i perfidie porównywalna jedynie z wiara i perfidia Torquemady, kiedy byl zwierzchnikiem inkwizycji. 
W istocie, pertraktowac z nimi jest rzecza niemozliwa. Dyskutowac - nie do pomyslenia. Traktowac ich z wyrozumialoscia, tolerancja lub nadzieja jest samobójstwem. A kto mysli inaczej, jest naiwny. Osoba, która to mówi, wystarczajaco dobrze poznala ten rodzaj fanatyzmu w Iranie, Pakistanie, Bangladeszu, Arabii Saudyjskiej, Kuwejcie, Libii, Jordanii, Libanie i we wlasnym domu. Czyli we Wloszech. Poznala go równiez poprzez epizody trywialne, wrecz groteskowe, zebrala zatrwazajace dowody na jego istnienie. 
Nigdy nie zapominam tego, co przydarzylo mi sie w Ambasadzie Iranu w Rzymie, kiedy wystapilam o wize do Teheranu, zeby przeprowadzic wywiad z Chomeinim, i przyszlam z paznokciami pomalowanymi na czerwono. Dla nich byl to znak rozwiazlosci. Potraktowali mnie jak prostytutke, która trzeba spalic na stosie. Kazali mi natychmiast usunac lakier. I gdybym nie powiedziala im, a raczej nie wywrzeszczala, co ja najchetniej bym im usunela, a raczej obciela... Nie zapominam równiez tego, co przytrafilo mi sie w Kom, swietym miescie Chomeiniego, gdzie jako kobieta nie zostalam przyjeta w zadnym hotelu. Zeby przeprowadzic wywiad z Chomeinim, musialam wlozyc czarczaf, zeby wlozyc czarczaf, musialam zdjac dzinsy, zeby zdjac dzinsy, musialam sie oddalic. Oczywiscie moglam sie przebrac w samochodzie, którym przyjechalam z Teheranu, ale powstrzymal mnie tlumacz. - Pani-jest-szalona, pani-jest-szalona, za-cos-takiego-w-Kom-sie- rozstrzeliwuje. Wolal mnie zawiezc do bylego palacu królewskiego, gdzie jakis litosciwy stróz wpuscil nas i wynajal byla sale tronowa. Rzeczywiscie, czulam sie jak Madonna, która po to, zeby wydac na swiat Dzieciatko Jezus, schronila sie razem z Józefem w stajni ogrzewanej przez osla i wolu. Lecz mezczyznie i kobiecie bez slubu Koran zabrania zostawac za zamknietymi drzwiami, bron Boze, i w pewnej chwili drzwi sie otworzyly. Mulla odpowiedzialny za przestrzeganie Moralnosci wtargnal, wrzeszczac: wstyd-wstyd, grzech-grzech, i byl tylko jeden sposób, zebysmy nie zostali rozstrzelani - wziac slub. Podpisac czasowy akt malzenstwa (cztery miesiace), którym mulla wymachiwal nam przed nosami. Problem w tym, ze tlumacz mial zone Hiszpanke, niejaka Consuelo, wcale niesklonna do tego, by zgodzic sie na poligamie, a ja nie chcialam wychodzic za maz. A cóz dopiero za Iranczyka ozenionego z Hiszpanka, w zadnym razie niesklonna do tego, by zgodzic sie na poligamie. Ale przeciez nie chcialam zostac rozstrzelana, a tym samym stracic wywiad z Chomeinim. Rozstrzygalam w sobie wlasnie ten dylemat, az... 
Pewnie sie smiejesz. Myslisz, ze to dowcip. A wiec dalszego ciagu ci nie opowiem. Zeby doprowadzic cie do lez, opowiem ci o dwunastu nieczystych chlopcach, których po zakonczeniu wojny w Bangladeszu [rok 1971 - red.] zamordowano w Dakce. Zabili ich na boisku stadionu w Dakce uderzeniami bagnetów w piers i w brzuch w obecnosci dwudziestu tysiecy wiernych, którzy z trybun bili brawo w imie Boga. "Allah akbar, Allah akbar", krzyczeli. Wiem, wiem: w Koloseum starozytni Rzymianie, ci Rzymianie, z których moja kultura jest tak dumna, dla zabawy patrzyli, jak lwy posilaly sie chrzescijanami. Wiem, wiem: we wszystkich krajach Europy chrzescijanie, ci chrzescijanie, których wklad w Historie Mysli uznaje pomimo mojego ateizmu, bawili sie, patrzac na plonacych heretyków. Ale minelo sporo czasu, troche sie ucywilizowalismy i równiez dzieci Allaha powinny zrozumiec, ze pewnych rzeczy sie nie robi. Po dwunastu nieczystych chlopcach zamordowali dziecko, które chcac uratowac brata skazanego na smierc, rzucilo sie na oprawców. Zmiazdzyli mu glowe wojskowymi buciorami. A jesli nie wierzysz, cóz: przeczytaj sobie moja kronike albo kronike dziennikarzy francuskich lub i niemieckich, którzy byli tam ze mna przerazeni tak samo jak ja. Albo jeszcze lepiej popatrz sobie na zdjecia, które wykonal jeden z nich. W kazdym razie nie to chce podkreslic. Chcialam powiedziec, ze po tej masakrze dwadziescia tysiecy wiernych (w tym wiele kobiet) zeszlo z trybun na boisko. Nie chaotycznie, bez ladu, nie. W sposób uporzadkowany, ceremonialny. Powoli sformowali pochód i w imie Boga przeszli po zwlokach, wciaz krzyczac "Allah akbar, Allah akbar". Zniszczyli ich tak samo jak te dwie nowojorskie wieze. Przerobili ich na krwawy dywan ze sproszkowanych kosci. 
Ach, moglabym tak w nieskonczonosc. Mówic ci o rzeczach, o których nikt nigdy nie mówil, sprawic, ze wlosy zjezylyby ci sie na glowie. Na przyklad o tym zdziecinnialym Chomeinim, który po wywiadzie wyglosil w Kom przemówienie, oswiadczajac, ze oskarzalam go o obcinanie kobietom piersi. Z tego wiecu nakrecil relacje, która przez wiele miesiecy byla pokazywana przez telewizje w Teheranie, i kiedy nastepnego roku wrócilam do Teheranu, zostalam aresztowana od razu na lotnisku. I wygladalo to zle, naprawde zle. Byl to okres, kiedy przetrzymywano tam amerykanskich zakladników... 
Moglabym ci opowiedziec o tym Mujiburze Rahmanie [pierwszym premierze niepodleglego Bangladeszu - red.], który, wciaz w Dakce, nakazal swoim bojownikom zlikwidowac mnie jako niebezpieczna Europejke, ale na szczescie, ryzykujac wlasne zycie, uratowal mnie angielski pulkownik. Lub o tym Palestynczyku o imieniu Habash, który kazal trzymac karabin przystawiony do mojej glowy przez dwadziescia minut. Boze, co to za ludzie! Jedynymi, z którymi mialam cywilizowany kontakt, pozostaja biedny Ali Bhutto, premier Pakistanu, którego powieszono za przyjazn z Zachodem, i wspanialy król Jordanii Husajn. Ale ci dwaj byli muzulmanami w takim samym stopniu, w jakim ja jestem katoliczka. 
W kazdym razie powiem ci, jaki jest wniosek z tego mojego rozumowania. Wniosek, który wielu osobom sie nie spodoba, jako ze we Wloszech obrona wlasnej kultury stala sie grzechem smiertelnym. I jako ze w obawie przed nieadekwatna zreszta etykietka "rasisty" wszyscy siedza cicho jak mysz pod miotla. Ja nie stawiam namiotów przed Mekka. Nie spiewam "Ojcze nasz" ani "Zdrowas Mario" nad grobem Mahometa. Nie siusiam na marmury ich meczetów, nie robie kupy u stóp ich minaretów. Kiedy jestem w ich krajach (co nigdy mnie nie napawa rozkosza), nie zapominam, ze jestem gosciem i cudzoziemka. Uwazam, zeby ich nie obrazic strojem, gestami lub zachowaniem, które dla nas sa normalne, a dla nich nie do przyjecia. Odnosze sie do nich z naleznym szacunkiem, z nalezna uprzejmoscia, przepraszam, kiedy przez nieuwage lub niewiedze zlamie jakas ich regule albo wierzenie. I ten wrzask bólu i oburzenia wypisalam ci, majac przed oczami obrazki, które nie zawsze pokazywaly az tak apokaliptyczne sceny jak te, od których zaczelam. 
Czasami zamiast nich widzialam obrazek dla mnie symboliczny (a wiec doprowadzajacy do wscieklosci) jak ten wielki namiot, którym latem zeszlego roku somalijscy muzulmanie zniewazyli i obsrali, i spotwarzyli na trzy miesiace plac przed katedra we Florencji. W moim miescie. Namiot wzniesiony po to, zeby potepic, oskarzyc, obrazic rzad wloski, który udzielil im gosciny, lecz nie wystawil im dokumentów niezbednych, zeby sie rozbiec po calej Europie, i nie pozwolil im przywiezc do Wloch hord krewnych. Mamus, tatusiów, braci, sióstr, wujków, cioc, kuzynów, szwagierek w ciazy, a nawet dalszych krewnych. Namiot postawiony obok pieknego palacu arcybiskupów - na jego podescie stawiali buty i kapcie, które we wlasnych krajach pozostawiali poza meczetami. A razem z butami i kapciami puste butelki po wodzie, która myli sobie nogi przed modlitwa. Namiot postawiony przed katedra z kopula Brunelleschiego, obok baptysterium ze zlotymi drzwiami Ghibertiego. Wreszcie namiot urzadzony jak kiczowaty apartamencik: krzesla, stoliki, szezlongi, materace do spania i do pieprzenia sie, kuchenki do gotowania jedzenia i zatruwania placu dymem i smrodem. I - dzieki tradycyjnej nieswiadomosci Enelu [instytucji odpowiedzialnej za dostawy pradu - red.], który o nasze dziela sztuki dba tak samo jak o krajobraz - podlaczony do elektrycznosci. Dzieki radiomagnetofonowi ozdobiony wyciem muezina, który punktualnie napominal wiernych, zagluszal niewiernych i tlumil bicie dzwonów. A do tego zólte strugi moczu, które bezczescily marmury baptysterium. (Cholera! Ale maja zasieg ci synowie Allaha! Jak to mozliwe, zeby trafic w obiekt oddzielony ogrodzeniem, oddalony o prawie dwa metry od ich narzadów moczowych?). Zólte strugi uryny, smród gówna, które zagradzalo wejscie do kosciola San Salvatore al Vescovo - wspanialego kosciola romanskiego (z 1000 roku), który stoi na zapleczu placu katedralnego, a który synowie Allaha zamienili w sracz. Zreszta sam wiesz. Wiesz, bo przeciez zadzwonilam wtedy do ciebie i prosilam, zebys napisal o tym w "Corriere". Pamietasz? Zadzwonilam równiez do burmistrza, który - to musze mu przyznac - uprzejmie zlozyl mi wizyte. Wysluchal mnie i przyznal mi racje. "Ma pani racje, naprawde...". Ale namiotu nie usunal. Zapomnial albo nie wiedzial, jak to zrobic. Zadzwonilam równiez do ministra spraw zagranicznych, który jest florentczykiem, i to takim, który mówi z florenckim akcentem, i równiez jego w to wciagnelam. I równiez on, jemu tez musze to oddac, mnie wysluchal. Przyznal mi racje: "No tak, ma pani racje". Ale nie ruszyl palcem, zeby usunac namiot, za to bardzo szybko spelnil zadania synów Allaha, którzy sikali na baptysterium i srali na kosciól San Salvatore al Vescovo. (O ile wiem, tatusiowie, mamusie, bracia, siostry, wujkowie, ciocie, kuzyni, szwagierki w ciazy sa teraz tam, gdzie chcieli - czyli we Florencji i w innych miastach europejskich). Zatem zmienilam sposób dzialania. Zadzwonilam do sympatycznego policjanta, który kieruje biurem bezpieczenstwa, i powiedzialam: "Drogi policjancie, nie jestem politykiem. Kiedy mówie, ze cos zrobie, to znaczy, ze zrobie. Ponadto znam wojne i znam sie na pewnych rzeczach. Jesli do jutra nie usuniecie tego pieprzonego namiotu, spale go. Jak slowo honoru - spale i nawet regiment karabinierów mnie nie powstrzyma, i dlatego prosze mnie aresztowac. Wsadzic do wiezienia w kajdankach. Dzieki temu trafie do wszystkich gazet". Cóz, poniewaz okazal sie bardziej inteligentny od tych, z którymi poprzednio rozmawialam, w ciagu kilku godzin namiot usunal. Na jego miejscu pozostala tylko ogromna i obrzydliwa plama wydzielin. 
Bylo to jednak pyrrusowe zwyciestwo. A to dlatego, ze w zadnym stopniu nie wplynelo na inne plagi, od lat trapiace i hanbiace miasto, które bylo stolica sztuki, kultury i piekna, nie oniesmielilo w najmniejszym stopniu jej aroganckich gosci: Albanczyków, Sudanczyków, Bengalczyków, Tunezyjczyków, Algierczyków, Pakistanczyków, Nigeryjczyków, którzy z takim zapalem wlaczaja sie w handel narkotykami i w prostytucje, czego prawdopodobnie Koran juz nie zabrania. Ach, tak, sa tam, gdzie byli, zanim mój policjant usunal namiot. Na placu przed Galeria Uffizi i u stóp Wiezy Giotta. Przed Loggia dellíOrcagna, wokól Logge del Porcellino. Na wprost Biblioteki Narodowej, u wejscia do muzeów. Na Ponte Vecchio, gdzie co jakis czas walcza na noze lub na pistolety. Na bulwarach nad Arno, gdzie zadali i uzyskali obietnice, ze wladze miasta beda ich finansowac (tak jest, moi panstwo, finansowac). Przed kosciolem San Lorenzo, gdzie chleja wino, piwo i wódke, obludnicy, i gdzie obrazaja kobiety. (W zeszlym roku jakies obrzydlistwa kierowali równiez do mnie, która jestem juz stara kobieta. I zle trafili. Och, jak zle trafili! Jeden z nich w dalszym ciagu oplakuje stan swoich genitaliów). Na zabytkowych ulicach, gdzie biwakuja pod pretekstem handlu. Ich towar to torby i walizki skopiowane z modeli chronionych patentami, wiec nielegalne, a takze landszafty, olówki, afrykanskie posazki, które bezmyslni turysci biora za rzezby Berniniego, rzeczy-do-wachania. ("Je connais mes droits" - znam swoje prawa, syknal mi jeden ze sprzedawców tych pachnidel). 
I biada, jesli obywatel zaprotestuje, biada, jesli odpowie: korzystaj-sobie-z-tych-praw-we-wlasnym-domu. "Rasista, rasista!". Biada policjantowi, który zwróci takiemu uwage: "Panie synu Allaha, Wasza Wysokosc, czy móglby pan sie przesunac o wlos i pozwolic przejsc innym ludziom?". Zjedza go zywcem. Rzuca sie na niego z nozem. W najlepszym razie obraza mu matke i potomstwo. "Rasista, rasista!". I ludzie to znosza z rezygnacja. Nie reaguja nawet, jesli im wywrzeszczysz to, co mój ojciec krzyczal w czasach faszyzmu: "A nic was juz nie obchodzi godnosc? Nie macie ani troche godnosci, barany?". To samo dzieje sie równiez w innych miastach, wiem. Na przyklad w Turynie. W tym Turynie, który stworzyl Wlochy, a który nie wyglada juz nawet na wloskie miasto. Wyglada jak Algier, Dakka, Nairobi, Damaszek, Bejrut. W Wenecji. W tej Wenecji, gdzie zamiast golebi na placu Swietego Marka pojawily sie dywany z "towarem" i nawet Otello poczulby sie zazenowany. W Genui. W tej Genui, której wspaniale palace podziwiane swego czasu przez Rubensa zostaly przez nich zawlaszczone i teraz niszczeja jak piekne zgwalcone kobiety. W Rzymie. W tym Rzymie, gdzie polityczny cynizm i polityczne oszustwa wszelkich odcieni zalecaja sie do nich w nadziei na przyszle glosy i gdzie ich chroni sam Papiez. (Dlaczego, w imie Jedynego Boga, nie zabierze ich Wasza Swiatobliwosc do Watykanu? Ale uwaga: pod warunkiem ze nie osraja Kaplicy Sykstynskiej, rzezb Michala Aniola i fresków Rafaela). 
Teraz to ja czegos tu nie rozumiem. Zamiast "synami Allaha" we Wloszech sa nazywani "pracownikami zagranicznymi". Albo "potrzebna-sila-robocza". I nie mam zadnych watpliwosci, ze niektórzy z nich naprawde pracuja. Wlosi stali sie tak wielkopanscy. Spedzaja wakacje na Seszelach, lataja do Nowego Jorku po przescieradla Bloomingdaleís. Wstydza sie byc robotnikami i rolnikami i nie mozesz juz ich kojarzyc z proletariatem. Ale ci, o których teraz mówie, co to za robotnicy? Jaka wykonuja prace? W jaki sposób wypelniaja zapotrzebowanie na sile robocza, której byly proletariat wloski przestal dostarczac? Biwakujac po miastach pod pretekstem handlu? Obijajac sie i szpecac nasze zabytki? Modlac sie piec razy dziennie? 
Nie rozumiem jeszcze innej rzeczy. Jesli naprawde sa tacy biedni, to kto im daje pieniadze na podróz statkiem lub pontonem do Wloch? Kto im daje po dziesiec milionów lirów (co najmniej) na bilet? Chyba nie Osama ben Laden, chyba nie po to, zeby wszczeli podbój, który nie jest tylko podbojem dusz, lecz równiez terytoriów? Cóz, jesli to nawet nie on, to i tak warto sie nad tym zastanowic. Jesli nawet nasi goscie sa calkiem niewinni, jesli nawet nie ma wsród nich nikogo, kto mialby ochote zburzyc mi wieze w Pizie albo Wieze Giotta, kto chce nakazac mi, bym chodzila w czarczafie, kto chce mnie spalic na stosie nowej inkwizycji, to i tak ich obecnosc wprawia mnie w stan niepokoju. Wprawia mnie w zaklopotanie. 
I jesli ktos te sprawe lekcewazy albo podchodzi do niej z optymizmem, myli sie. Popelnia blad przede wszystkim ten, kto porównuje fale imigrantów, która przetacza sie przez Wlochy i przez Europe, z ta, która przetoczyla sie przez Ameryke w drugiej polowie XIX i na poczatku XX stulecia. Powiem ci dlaczego. Niedawno uslyszalam zdanie wypowiedziane pzez jednego z tysiaca premierów, którzy w ostatnich dziesiecioleciach przysporzyli Wlochom chwaly. "Ech, mój wujek równiez byl emigrantem! Pamietam wujka, jak z plócienna walizeczka odplywal do Ameryki!". Lub cos w tym rodzaju. O nie, mój drogi. Nie. To wcale nie to samo. I to z dwóch dosc prostych powodów. Pierwszy to ten, ze w drugiej polowie XIX wieku fala imigracji w Ameryce nie zrodzila sie w sposób nieoficjalny i na warunkach podyktowanych przez jej inicjatora. To sami Amerykanie zachecali do przyjazdu. Na mocy konkretnego aktu Kongresu. "Przybywajcie, przybywajcie, potrzebujemy was. Kiedy przybedziecie, otrzymacie spory kawalek ziemi". Nakrecili o tym nawet film, z Tomem Cruiseíem i Nicole Kidman, którego final wywarl na mnie wrazenie. Scena z nieszczesnikami, którzy biegna, zeby zatknac biala flage na poletku, lecz tylko najmlodsi i najsilniejsi dadza sobie rade. Inni pozostaja z pustymi rekami, a niektórzy umieraja w biegu. [Chodzi o film Rona Howarda "Za horyzontem" - red.]. 
O ile wiem, wloski parlament nigdy nie uchwalil dekretu, który by zachecal albo ponaglal naszych gosci do porzucenia wlasnego kraju. "Przybywajcie-przybywajcie-poniewaz-was-bardzo-potrzebujemy, jesli-przybedziecie-ofiarujemy-wam-gospodarstwo-w-Chianti". Do nas przybyli z wlasnej inicjatywy na przekletych pontonach, grajac na nosie policji finansowej, która usilowala ich odeslac z powrotem. Bardziej niz o emigracji nalezy wiec mówic raczej o nielegalnej inwazji. I nie jest to wcale nielegalnosc lagodna i tragiczna, ale zatrwazajaca. Jest arogancka i chroniona przez cynizm polityków, którzy przymykaja na nia jedno oko, a nawet jedno i drugie. Nigdy nie zapomne wieców, którymi w zeszlym roku nielegalni imigranci wypelnili place Wloch, zeby otrzymac pozwolenia na pobyt. Te wykrzywione, zle twarze. Te wzniesione, grozace piesci. Te wsciekle glosy, które kazaly mi powrócic myslami do Teheranu Chomeiniego. Nie zapomne ich nigdy, poniewaz czulam sie obrazona przez przemoc w moim wlasnym domu i dlatego, ze poczulam sie wyszydzona przez ministrów, którzy nam mówili: "Chcielibysmy ich deportowac, ale nie wiemy, gdzie sie ukrywaja". Kutasy! Na tych placach byly ich tysiace i wcale sie nie ukrywali. Zeby przeprowadzic deportacje, wystarczyloby ich ustawic w szeregu -prosze-Szanowny-Panie-niech-Pan-zajmie-miejsce-w-kolejce - i odwiezc ich na lotnisko. 
Drugi powód, drogi siostrzencze wujka z plócienna walizeczka, zrozumialby nawet uczen szkoly podstawowej. Zeby go wylozyc, wystarczy kilka elementów. Pierwszy: Ameryka jest kontynentem. I w drugiej polowie XIX wieku, kiedy amerykanski Kongres zapalil zielone swiatlo dla imigracji, ten kontynent byl prawie bezludny. Wiekszosc populacji skupiala sie we wschodnich stanach, czyli po stronie Atlantyku, a na Mid-West zamieszkiwalo jeszcze niewiele osób. Kalifornia byla prawie pusta. Cóz, Wlochy to nie kontynent. To bardzo niewielki kraj, wcale nie bezludny. 
Drugi: Ameryka to kraj bardzo mlody. Jesli pomyslisz, ze wojna wyzwolencza miala miejsce pod koniec XVIII wieku, wywnioskujesz, ze Stany Zjednoczone maja dopiero dwiescie lat, i zrozumiesz, dlaczego ich tozsamosc kulturowa nie jest jeszcze dobrze okreslona. Wlochy, wrecz przeciwnie, sa krajem bardzo starym. Ich historia trwa co najmniej od trzech tysiecy lat. Ich tozsamosc kulturowa jest wiec okreslona bardzo dobrze i - szkoda gadac - nie wywodzi sie z religii nazywanej chrzescijanska i z Kosciola nazywanego katolickim. Ludzie tacy jak ja maja klopoty z deklaracja: "Ja-nie-mam-nic-wspólnego-z-Kosciolem-katolickim". Mam, i to jeszcze jak. Czy to mi sie podoba, czy nie. A jak bym miala nie miec? Urodzilam sie w krajobrazie pelnym kosciolów, klasztorów, Chrystusów, Madonn, swietych. Pierwsza melodia, jaka uslyszalam, przychodzac na swiat, byla muzyka dzwonów. Dzwonów katedry Santa Maria del Fiore, która w Epoce Namiotu zagluszalo wycie muezina. To w tej muzyce, w tym krajobrazie sie wychowalam. To poprzez te muzyke i poprzez ten pejzaz nauczylam sie, co to jest architektura, rzezba, co to malarstwo, sztuka. To poprzez ten Kosciól (nastepnie odrzucony) zaczelam zadawac sobie pytanie, co to jest Dobro, co to jest Zlo, na Boga... 
Widzisz? Kolejny raz napisalam "na Boga". Przy calym moim laicyzmie, przy calym moim ateizmie, jestem tak przesiaknieta kultura katolicka, ze stanowi ona wrecz czesc mojego sposobu wyrazania sie. O Boze, mój Boze, dzieki Bogu, na Boga, Boze mój, Jezus Maria, Matko Przenajswietsza, Chrystus tu, Chrystus tam. Te slowa przychodza mi do glowy tak spontanicznie, ze nawet nie zauwazam, kiedy je wymawiam lub pisze. 
A chcesz jeszcze cos wiedziec? Pomimo ze katolicyzmowi nigdy nie wybaczylam nikczemnosci, które narzucal mi przez wieki, poczawszy od inkwizycji, tej inkwizycji, która mi nawet spalila babcie, biedna babcie, choc nie zgadzam sie z ksiezmi i nie wiem, na co moga mi sie przydac ich modlitwy, ja bardzo lubie te muzyke dzwonów. Ona piesci mi serce. Lubie równiez te rzezby i obrazy Chrystusa, Madonny i swietych. Mam kota na punkcie ikon. Lubie równiez klasztory i pustelnie. Daja mi poczucie spokoju, czasami zazdroszcze ich mieszkancom. A poza tym przyznajmy - nasze katedry sa piekniejsze od meczetów i od synagog. Tak czy nie? Sa równiez piekniejsze od kosciolów protestanckich. Popatrz, cmentarz mojej rodziny jest cmentarzem protestanckim. Gromadzi prochy zmarlych wszystkich wyznan, ale jest protestancki. A moja prababcia nalezala do Kosciola waldensów. Moja wujenka byla ewangeliczka. Prababki z Kosciola waldensów nie znalam. Ale wujenke ewangeliczke owszem. Kiedy bylam mala, prowadzila mnie na nabozenstwa do swojego kosciola na via deí Benci we Florencji i... Boze, jak ja sie nudzilam! Czulam sie taka samotna wsród tych wszystkich wiernych, którzy spiewali psalmy i to wszystko, z tym ksiedzem, który nie byl ksiedzem i czytal Biblie, i tyle, w tym kosciele, który nie wydawal mi sie kosciolem i w którym oprócz malej mównicy byl tylko wielki krucyfiks i tyle. Zadnych aniolów, zadnej Madonny, zadnego kadzidla... Brakowalo mi nawet smrodu kadzidla i mialam ochote znalezc sie w pobliskiej bazylice Santa Croce, gdzie wszystkie te rzeczy byly. Rzeczy, do których bylam przyzwyczajona. 
I dodam: w moim domu na wsi, w Toskanii, jest malenka kaplica. Jest zawsze zamknieta. Od kiedy umarla mama, nikt tam juz nie chodzi. Ale ja czasami tam chodze, zeby odkurzyc, zeby sprawdzic, czy nie zagniezdzily sie myszy, i pomimo mojego laickiego swiatopogladu czuje sie tam jak u siebie. Pomimo mojego antyklerykalizmu poruszam sie po niej swobodnie. I mysle, ze ogromna wiekszosc Wlochów wyznalaby ci to samo. (Mnie wyznal to sam Berlinguer). 
Swiety Boze! (I znowu ten Bóg). Mówie ci, ze my, Wlosi, nie jestesmy w tej samej sytuacji co Amerykanie: mozaika grup etnicznych i religijnych, gmatwanina tysiaca kultur otwartych równoczesnie na rózne inwazje i zdolnych je odrzucic. I wlasnie dlatego, ze jest tak zdefiniowana od wielu wieków i tak dobrze okreslona, nasza tozsamosc kulturowa nie moze przyjac fali imigrantów zlozonej z osób, które w ten albo inny sposób chca zmienic nasz system zyciowy. Nasze wartosci. 
Twierdze, ze nie ma u nas miejsca dla muezinów, minaretów, falszywych abstynentów, dla ich pieprzonego sredniowiecza, dla ich pieprzonego czarczafu. A gdyby bylo, i tak bym ich nie wpuscila. Bo to by znaczylo tyle, co wyrzucic Dantego, Leonarda, Michala Aniola, Rafaela, renesans, zjednoczenie kraju, wolnosc, która wywalczylismy sobie na rózne sposoby, nasza Ojczyzne. Tyle co podarowac im Wlochy. A ja Wloch im nie oddam. Jestem Wloszka. 
Glupcy, którzy maja mnie juz za Amerykanke, grubo sie myla. Nigdy nie prosilam o obywatelstwo amerykanskie. Dawno temu ambasador amerykanski ofiarowal mi je na mocy Celebrity Status, a ja - dziekujac mu - powiedzialam: "Sir, jestem bardzo zwiazana z Ameryka. Bez przerwy sie z nia klóce, robie jej wyrzuty, ale jestem z nia gleboko zwiazana. Ameryka jest dla mnie kochankiem, a wrecz mezem, któremu bede zawsze wierna. Chyba ze przyprawi mi rogi. Kocham tego meza. I nigdy nie zapominam, ze gdyby nie zadal sobie tyle trudu, by wytoczyc wojne Hitlerowi i Mussoliniemu, dzis mówilabym po niemiecku. Nie zapominam, ze gdyby nie stawil czola Zwiazkowi Radzieckiemu, dzisiaj mówilabym po rosyjsku. Kocham tego mojego meza i lubie. Podoba mi sie, ze kiedy przybywam do Nowego Jorku i pokazuje paszport ze stemplem stalego pobytu, celnik mówi mi z szerokim usmiechem: "Welcome home" (Witaj w domu). To taki hojny, taki czuly gest. Przypomina mi równiez, ze Ameryka zawsze byla Refugium Peccatorum [ucieczka grzeszników - red.] dla ludzi bez ojczyzny. Ale ja mam juz ojczyzne, Sir. Moja ojczyzna sa Wlochy, a Wlochy to moja matka. Sir, ja kocham Wlochy. I czulabym sie tak, jak gdybym wyrzekla sie matki, gdybym przyjela obywatelstwo amerykanskie". Powiedzialam mu równiez, ze moim jezykiem jest wloski, ze po wlosku pisze, a na angielski sie przekladam, i tyle. W tym samym duchu, w którym przekladam sie na francuski, czyli odczuwajac go jak jezyk obcy. I powiedzialam mu, ze kiedy slucham hymnu Mamelego, wzruszam sie. Ze kiedy slucham tego "Fratelli-díItalia, líItalia-síe-desta, pa-ra-pa, pa-ra-pa, pa-ra-pa", cos mnie sciska za gardlo. 
Nawet nie zauwazam, ze ten hymn jako hymn jest dosc brzydki. Mysle tylko: to hymn mojej Ojczyzny. To samo odczuwam zreszta równiez wtedy, kiedy patrze, jak lopoce bialo-czerwono-zielona flaga. Pomijajac flagi, którymi na stadionach wymachuja chuligani, ma sie rozumiec. Mam XIX-wieczny bialo-czerwono-zielony sztandar. Caly w plamach krwi, pogryziony przez myszy. I pomimo ze na jego srodku jest herb panstwa sabaudzkiego (ale bez Cavoura i bez Wiktora Emanuela, bez Garibaldiego, który pochylil sie przed tym sztandarem, nigdy nie mielibysmy zjednoczonych Wloch), przechowuje go jak skarb. Strzege jak klejnotu. 
Jezu, umieralismy dla tego sztandaru! Wieszani, rozstrzeliwani, scinani. Mordowani przez Austriaków, przez papieza, przez ksiecia Modeny, przez Burbonów. Z ta flaga powstalismy. Z nia doprowadzilismy do zjednoczenia Wloch, z nia bylismy na wojnie nad Carso, z nia bralismy udzial w ruchu oporu. Za te flage mój praprapradziadek po kadzieli Giobatta walczyl w Curtatone i w Montanarze i zostal zmasakrowany przez austriacki pocisk. Dla tej flagi moi stryjowie przezyli wszelkie tortury okopów Carso. Dla tej flagi mój ojciec byl aresztowany i torturowany w Villa Triste przez nazistów. Dla tego sztandaru cala moja rodzina podjela opór, ja równiez. W szeregach Giustizia e Liberta pod pseudonimem "Emilia". Mialam wtedy czternascie lat. Kiedy po roku otrzymywalam odprawe od Wojska Wloskiego - Korpusu Wolontariuszy Wolnosci, bylam tak dumna. Jezus Maria, bylam wloskim zolnierzem! I kiedy poinformowano mnie, ze nalezy mi sie 14 tys. 540 lirów, nie wiedzialam, czy powinnam je przyjac. Wydawalo mi sie to niewlasciwe - przyjac pieniadze za wypelnienie obowiazku wobec Ojczyzny. Ale przyjelam. W naszym domu nikt nie mial butów. A za te pieniadze kupilam buty dla siebie i dla moich siostrzyczek. 
Oczywiscie, moja Ojczyzna, moje Wlochy, to nie te same Wlochy co dzisiaj. Wlochy biesiadne, cwaniackie, wulgarne, Wlochy Wlochów, którzy mysla tylko o tym, zeby pójsc na emeryture przed piecdziesiatka, i którzy pasjonuja sie tylko wakacjami za granica i meczami pilkarskimi. Wlochy zle, glupie, tchórzliwe. Wlochy malych hien, które tylko po to, zeby uscisnac reke hollywoodzkiej gwiezdzie, sprzedaliby córke do bejruckiego burdelu, ale kiedy kamikadze Osamy ben Ladena zmieniaja tysiace nowojorczyków w góre prochów przypominajacych mielona kawe, podsmiewaja sie zadowoleni: dobrze-tak-Amerykanom-dobrze-im-tak. Wlochy smetne, tchórzliwe, bezduszne, rozdrapane przez zarozumiale i nieudolne partie, które nie potrafia ani wygrywac, ani przegrywac, ale wiedza, jak przykleic tluste zadki swoich przedstawicieli do foteli poselskich albo ministerialnych lub do fotela burmistrza. Mussolinianskie wciaz Wlochy faszystów czarnych i czerwonych, które ilustruja miazdzaca mysl Ennia Flaiana: "We Wloszech faszysci dziela sie na dwie kategorie: na faszystów i antyfaszystów". To nie sa Wlochy prokuratorów i polityków, którzy ignorujac reguly zgodnosci czasów, nauczaja z monitorów telewizyjnych, popelniajac potworne bledy skladniowe. (Te zwierzeta nie wiedza nawet, jak wypowiedziec zdanie wspólrzednie zlozone!). To nie sa Wlochy mlodziezy, która majac takich mistrzów, tonie w najbardziej skandalicznej ignorancji, w najbardziej dramatycznej powierzchownosci, w prózni. I do bledów skladniowych dolacza bledy ortograficzne, a kiedy spytasz mlodego czlowieka, kim byli karbonariusze, kim byli liberalowie, kim byli Silvio Pellico, Mazzini, Massimo DíAzeglio, Cavour, kim byl Wiktor Emanuel II, patrzy na ciebie zgaszonym wzrokiem i z rozdziawiona geba. Nie wiedza nic, co najwyzej umieja odegrac wygodna role adeptów terroryzmu w czasie pokoju i demokracji, wymachiwac czarnymi flagami, chowac twarze za kominiarkami, mali glupcy. Nieudacznicy. 
A tym bardziej nie sa to Wlochy cykad, które po przeczytaniu tych notatek znienawidza mnie za to, ze napisalam prawde. Pomiedzy jednym talerzem spaghetti a drugim beda mnie przeklinac, beda mi zyczyc, zeby zabili mnie ich podopieczni, czyli rózni Osamowie ben Ladenowie. 
Nie, nie: moje Wlochy to Wlochy idealne. To Wlochy, o których marzylam w dziecinstwie, kiedy dostawalam odprawe Wojska Wloskiego - Korpusu Wolontariuszy Wolnosci i mialam mnóstwo zludzen. Wlochy powazne, inteligentne, godne, odwazne, czyli zaslugujace na szacunek. I biada tym, którzy mi beda chcieli zabrac te Wlochy, Wlochy, które istnieja nawet wtedy, kiedy ktos je zaglusza, wyszydza i plugawi. Biada tym, którzy mi je ukradna, biada tym, którzy mi na nie napadna. Poniewaz czy napadna je Francuzi Napoleona, czy Austriacy Franciszka Józefa, czy Niemcy Hitlera, czy koledzy Osamy ben Ladena, jest mi wszystko jedno. Czy do inwazji uzyja armat, czy pontonów - to samo. I tym stwierdzeniem zegnam cie serdecznie, mój drogi Ferruccio, i ostrzegam: nie pros mnie juz o nic. A juz w zadnym razie o to, zebym brala udzial w klótniach albo w pustych polemikach. To, co chcialam powiedziec, powiedzialam. Podyktowaly mi to wscieklosc i duma. Pozwolily mi na to moje czyste sumienie i wiek. Ale teraz musze sie znów zabrac do roboty. Koniec i kropka.

Oriana Fallaci